×
manifest wystawy artyści kontakt archiwum o nas

Galeria Sztuki Nowy Warzywniak
działa w ramach Fundacji Wspólnota Gdańska.
Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego.
Wesprzyj kulturę i sztukę przekazując 1% podatku:
KRS 000286430

2020.01.25 - 2020.01.25

SŁOWO O SZTUCE / 01


SŁOWO O SZTUCE, czyli warsztaty Anny Cirockiej w Oliwskim Ratuszu Kultury. Każde warsztaty kończy opowieść Anny na podstawie dyskusji uczestników. Oto opowieść pierwsza (styczeń 2020):

Za każdym razem, gdy jestem w Japonii, tęsknię za Paryżem. Kiedy jadę do Paryża, planuję kolejną podróż do Japonii. Po to, żeby obserwować swoją kulturę, ale trochę, żeby być jak turystka zaciekawiona biciem w dzwon wzywającym na medytację. Nigdy nie będę paryżanką, ale pamiętam czasy, gdy bardzo chciałam nią być. Nikogo wtedy nie dziwiło, że piję białe wino w południe, bardzo to lubiłam. Patrzę na powolnie i ze skupieniem tworzone kręgi na piasku i uspokajam się, chociaż nie wiem, czy ktoś nie uzna mnie za oszustkę w tym kimonie, pod którym noszę bluzkę ze sklepu vintage przy Rue Saint-Andre des Arts w Paryżu. W termosie mam też białe wino – drobne szachrajstwo przybliżające mnie do miejsca, za którym tęsknię. Ale już całkiem jawnie postawiłam przy sobie piękną, wyszywaną w kwiaty wiśni torbę, oczywiście kupioną w Paryżu. Jestem turystką. Światło jest równomierne, roślinność w kadrze jednakowo zielona i jednakowo brązowa. Uspokające szarości, jakby malarz uważnie nakładał laserunki na każdy kamień, każdy pień, każdy liść. Nie docierają do mnie żadne dźwięki, zakłócam ciszę siorbaniem wina. Mnich grabiący piasek nie zwraca na mnie uwagi. Trzyma drewniane grabie i porządkuje przestrzeń pod dzwonem, tworzy ensō, czyli doskonały krąg. Lubię tak stać i patrzeć. Czuję, że jestem u siebie, a jednak trochę od siebie uciekam. Tworzę alternatywny świat i mam własną tajemnicę, którą codziennie przekazuję sama sobie ukrywając pod kimonem wszystkie moje niepokoje. Popijam wino, grzeszę hipokryzją. Chciałabym być, jak podróżujący cesarz Sagi , którego Eichu ugościł czarką herbaty, uspokoić się i móc zaplanować wieloletnie działania. Ale nie mogę, bo uśmiechający się do swojej pracy mnich zajmuje moje myśli. Kiedy jestem w Paryżu, myślę o Japonii i moich korzeniach. Nie znam dobrze historii mojego kraju, rozumiem jego kulturę, dobrze się tu czuję, ale to już dawno nie jest moje miejsce. Nie było nigdy moje. Moi rodzice byli hibakusha , ocaleni pod Hiroszimą wyjechali do Paryża, gdzie wkrótce zmarli. Ja też jestem hibakusha, moja matka urodziła mnie na statku płynącym do Europy. Całe życie powtarzała w zamyśleniu: „daj mi trochę wody”. Bała się jaskrawego światła i głośnych „pojazdów uprzywilejowanych”. Szybko zmarła, miałam jedenaście lat, ostatni rok spędziła w łóżku prawie nie jedząc, wciąż pijąc wodę, ta woda chyba trzymała ją tak długo, bo ciała niemal nie czułam pod cienką kołdrą. Ojca prawie nie pamiętam, chociaż przeżył matkę o sześć lat. Był zwolennikiem silnej ofensywy na Pacyfiku, ranny w bitwie o Midway nie wrócił do służby, ale to dzięki niemu znaleźliśmy się w Europie tak szybko po wybuchu. Całe dzieciństwo pamiętam jego rozgoryczenie i mentalne wygrażanie pięścią w stronę Ameryki. Sprężyna jego życia pękła, kiedy Amerykanie swoimi podwodnymi łodziami zniszczyli japońską marynarkę, a złość nie przestała w nim istnieć od czasu decyzji cesarza Hirohito o poddaniu się Japonii i podpisania aktu kapitulacji. Nie wiem, czy ktoś z mojej rodziny przetrwał, nie znam babki, dziadka, żadnych ciotek, jestem sama, krążę między Paryżem, a Kioto i szukam swojego miejsca na ziemi. Trochę boję się konfrontacji, a trochę jej szukam. Mam 73 lata. Wyciągam z torby szkicownik i ołówek z kryształkiem na końcu. Ot, tandetna pamiątka z muzeum. Kryształek ma różowy kolor, gdyby do pawilonu zajrzało słońce, mogłabym pobawić się w rzucanie zajączków. Teraz maluję koła koncentrycznie rozchodzące się we wszystkie strony, cieniuję je tak, by tworzyły fale biegnące na cały świat, tylko sama nie wiem, czy centrum tego świata ma być Japonia, czy Paryż, czy może niech to będzie dobre słowo, dobry uczynek? Przypomina mi się historia tysiąca żurawi i rysuję tych kręgów coraz więcej, coraz bardziej niespokojnie, jakby od tych rysunków zależało moje życie, a przecież mam jeszcze tyle podróży do odbycia. Stchórzyłam, ale co miałabym opowiadać? Wszyscy hibakusha mają traumatyczne wspomnienia, a ja nic nie pamiętam, niosę swoje nieprzystosowanie i wycofanie. Wyjmuję telefon, robię zdjęcie pięknego spokoju. O! Ktoś wszedł mi w kadr, nie szkodzi, nawet lepiej, nie ma tej pustki. Wychodzę w tłum miasta, nie jestem tu obca, a przecież jestem. Hałas ulicy zagłusza moje myśli, ale spokój świątyni pozostaje w ruchach. Myślę, że wstąpię na prawdziwą herbatę, może zrozumiem, czemu Budda uwielbiał jej gorzki smak. Właściwie chcę zostać zdemaskowana, moja niewiedza o Japonii jest ogromna, a spisanie tej opowieści zakrawa na arogancję. Uśmiecham się całą twarzą i całym sercem. Jako dziecko chciałam pisać baśnie.

Życie
można je oszukać
nie można oszukać
Siebie.

 
<< powrót